Żeby stworzyć coś poruszającego, nie trzeba używać wyszukanych słów ani zawiłych metafor.
niedziela, 27 lutego 2011
sobota, 26 lutego 2011
wtorek, 22 lutego 2011
poniedziałek, 21 lutego 2011
sobota, 19 lutego 2011
wtorek, 15 lutego 2011
wtorek, 8 lutego 2011
Black Swan
Hmmm czy to dlatego, że najpierw oglądałam parodię z Jimem Carreyem? Czy dlatego, że mój wielki ekran był tylko ekranem komputerowym? Czy może właśnie dlatego, że nasłuchałam się mnóstwo zachwytów na temat tego filmu, nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia. Chociaż nie powiem, przemiana w czarnego łabędzia była niesamowita i nie patrzę już tak samo na moją zadrę na palcu...
sobota, 5 lutego 2011
Przychodzi baba do lekarza z gorączką. Pani w rejestracji kazała jej być przed 13. Ponoć jest trzecia w kolejce. Przed gabinetem czeka już pięć osób. Co chwile przychodzi ktoś nowy. Wszyscy są zapisani na 13. Lekarka się spóźnia. W końcu zaczyna przyjmować. Wchodzi pierwsza osoba. A potem przychodzi pan, że on tylko po skierowanie do szpitala. Zajmuje mu to jakieś pół godziny. A potem następny pan, że on tylko po zaświadczenie dla żony, a następny to nic nie mówi, tylko wchodzi bez pytania. Jest 14. Baba z gorączką kaszle, ludzie się od niej odsuwają. Wraca pierwsza pacjentka, bo zrobiła sobie ekg. Tłum przed gabinetem zaczyna się burzyć, więc lekarka zaczyna wyczytywać nazwiska tych, którzy mają wchodzić. Bada mnóstwo osób, tylko nie babę z gorączką i resztę, która miała być na 13. Tłum wrze. Wpada babka. A czy lekarka czytała już nazwisko na K. Nie czytała. Ale kiedy tylko wychodzi pacjent wpycha się, bo ona miała na 13. Tłum szaleje. Szaleje też matka baby z gorączką, że tu jej biedne dziecko jest umierające, a ludzie tacy bezczelni, że to nie do pomyślenia, co się tu dzieje i takie tam. W końcu ok 15.15 wchodzi do lekarza baba z gorączką. Pyta się, co się dzieje? A tu lekarka ma wszystkich zapisanych na 18.30.
No i jeszcze nowe odkrycie muzyczne:
No i jeszcze nowe odkrycie muzyczne:
piątek, 4 lutego 2011
jestem niedoskonała, ale doskonale sobie z tym radzę
Jakieś 7 miesięcy temu jadę sobie jak zwykle do pracy tramwajem, a tam kanary. Wyciągam więc portfel, żeby pokazać moją sieciówkę, a tam kieszonka, gdzie ją zwykle trzymam, świeci pustkami. Szukam w torebce - nic. Pan z wykrywaczem KKM jeździ po moim portfelu - nic. Oczywiście mnie spisali. Wyruszyłam na poszukiwania zguby. Byłam we wszystkich knajpach i sklepach w centrum, które odwiedzam - nic. Musiałam wyrobić sobie duplikat, zapłacić za niego, iść na Wawrzyńca, błagać o litość i pokryć koszty manipulacyjne. A dwa dni temu napisała do mnie koleżanka, że ma moją kartę, bo znalazła ją w sklepie obok mojego bloku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







