Dostałam dziś klucz od kasy w pracy. Pamiętam, że dołączałam go do kluczy do domu. Moi rodzice wymieniali drzwi, więc oczywiście zamki też. W domu tata mnie pyta:
-co to za dziwny klucz?
-a to od domofonu
-czyli nie jest Ci potrzebny, bo i tak używasz kodu.
W łazience późnym wieczorem zdałam sobie sprawę, że to nie był klucz od domofonu, tylko właśnie od kasy. Lecę do taty:
- gdzie jest ten klucz, o którym rozmawialiśmy?
- wyrzuciłem
- jak to wyrzuciłeś????
- no ustaliliśmy, że nie jest Ci potrzebny, więc poszedłem z psem, sprawdziłem, że nie pasuje do drzwi na dole, więc wyrzuciłem. (@#$%^&*!)
- ale gdzie? na zewnątrz czy w domu?
- w domu (uffff)
- ale śmieci już nie ma, wyrzucone - włączyła się mama
- jak to wyrzucone?! (!@#$%^&*)
- no było pełno, więc Fratello wyrzucił do zsypu (i tu pojawiła się wizja grzebania w zsypie blokowym). Może jutro będzie dozorczyni, to rano pobiegniesz i sprawdzisz. (!@#$%^&*)
Przychodzi Fratello:
-ale ja wyrzuciłem śmieci, zanim tata wrócił ze spaceru, czyli klucz powinien być ciągle w naszym koszu. (ufff)
I w tym momencie (tak, naprawdę to zrobiłam) zaczęłam grzebać w rodzinnych odpadkach (dobrze, że nie w blokowych). Klucz się znalazł. Ale nie ten.
(what the fuck???!!!!)
Biegnę do pokoju. Sprawdzam swoje klucze i co??? Ten z pracy, jak gdyby nigdy nic, wisiał sobie wśród nowych. Dołożyłam go do już zmienionego pęku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz